• Wpisów: 78
  • Średnio co: 17 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 11:56
  • Licznik odwiedzin: 27 823 / 1379 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
happydying
 
Kolejny rok, kolejny wyjazd do Czech na parę wesołych i niestety pracowitych dni (piszę 'niestety' bo jako istota ludzka jestem święcie przekonany, że praca to coś czego powinniśmy unikać : ) ). Fajnym aspektem każdego takiego wyjazdu jest mozliwość namacalnego kontaktu z bliską nam, a jednocześnie tak odległą kulturą. Pomijając pewne różnice dotyczące estetyki (legendarna fryzura a'la "czeski piłkarz", czyli krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie dalej nie jest tu uważana za obciach) oraz kulinariów (tu można by całą książkę napisać, zaczynając od peanów pochwalnych dla zupy czosnkowej i smażonego sera), najweselsze sytuacje dotyczą tych drobnych niuansów językowych, za które tak kochamy czeski naród. I tak mamy pełen zestaw radosnych grypsów wchodząc już do byle pierwszej lepszej restauracji i zamawiając uniwersalne danie, jakim bez wątpienia są frytki, po czesku - hranolky. Pamiętam do dziś moje zdziwienie, gdy przemiła kelnerka zapytała mojego kolegę, który akurat omawiany przysmak zamawiał, czy hranolky mają być samotne. Podstawowe procesy myślowe od razu zasugerowały nam, że lepiej jeśli byłyby w towarzystwie, najlepiej innych hranolek. Na szczęście dokończenie zdania przez kelnerkę - "nebo z kecupem?" - powstrzymało nas od popełnienia międzynarodowego bubu, jakkolwiek wyraz bezgranicznego zdumienia na naszych twarzach pozostał i do dzis maluje się czasem bez zapowiedzi... Okazuje się także, ze człowiek uczy się całe życie - koleżanka, chcąc skorzystać niedawno z czeskiej toalety, pokierowała się jakże mylącym zdrowym rozsądkiem i wybrała drzwi o zdawało by się właściwym napisie "WC pani". Błąd. Otóż poprawna forma to "WC damy". "Pani" to po prostu "panowie".
No i jak tu nie kochać naszych południowych sąsiadów ; )
 

happydying
 
Kicz jest z definicji czymś złym, miałkim, nie wartym uwagi, nie mającym większej wartości. Ale nikt już nie mówi, jak ten sam kicz potrafi być uroczy i krzepiący. A nawet potrzebny - bo ile można jechać na sztuce przez duże "S", gdzie wrażenia zmysłowe wymagają maksymalnego skupienia i konsternacji? Czasem fajnie jest się odmóżdżyć przy czymś prostym, wesołym i niezobowiązującym. Czymś po prostu kiczowatym.

Ja ostatnio odmóżdżam się przy nowej płycie Kiss - "Sonic Boom" - wydanej po bodajże 11 latach ciszy. Płyta brzmi jakby była żywcem wyjęta z lat 80 i chyba w tym tkwi jej największy urok, bo cała reszta to w zasadzie "to samo, tyle, że inaczej". Kto by pomyślał, że przywidywalność może być tak mocną zaletą... W każdym razie kudosy za trzymanie się sprawdzonego stylu i udowodnienie po raz któryś, że rock'n'roll nie umrze nigdy, bo skoczne i melodyjne gitarowe granie o piwie, kobietach i machaniu banią to nieśmiertelna formuła : )

A "Modern Day Delilah" łazi mi po głowie od dobrego tygodnia, skutecznie łagodząc wszelkie neidogodności pogodowe. Miodzio : )

 

happydying
 
Ostatnio znajoma nagrała mi na pendrive'a jeden z ostatnich superprzebójów polskiego kina, czyli "Wojnę polsko-ruską", zachwalając świetny montaż, intrygujące aktorstwo, niebanalny scenariusz i cholera wie co tam jeszcze. Pełen zrozumiałego entuzjazmu wróciłem do domu i wraz z moją dziewczyną przystąpiliśmy do projekcji "dzieła".

Jakieś 45 minut poźniej, kiedy nasza uwaga była skupiona na wszystkim, tylko nie na filmie, stwierdziliśmy wspólnie, że robimy sobie time-out z ekranizacją prozy Masłowskiej. Na twarzach malowały nam się jednakowe uczucia zdziwienia zmieszanego z tęgim rozczarowaniem, a pierwsza myśl (zaraz po "O co w tym kurwa właściwie chodzi?") jaka nam przyszła do głowy to "Czym sie tak wszyscy podniecają"?

I tu pytanie do publiczności - właśnie, czym?! Aż boję się nawet głośno spytać, bo jeszcze okaże się że moja tzw. "wrażliwość" nie zdołała opanować tak prostej w sumie fabuły. Może nie wyłapałem pewnych smaczków, bez których film traci na przesłaniu? Może w dalszej części albo w zakonczeniu jest coś co nadaje całemu filmowi jakiegoś mistycznego sensu?? Nie wiem. Tak jak napisałem, po 45 minutach czułem się już jakby mnie ktoś z czasu rabował, a czas to obecnie dobro najcenniejsze, więc okradać się nie dam. Także nawet gdybym chciał, nie zjadę tego filmu kompletnie bo wyjdzie moja nieznajomość tematu, czyniąc wszelką argumentację gówno wartą.

Mogę natomiast zjechać pierwsze 45 minut i to też zamierzam uczynić. Bo naprawdę nie umiem się odnaleźć w tych (przeważnie) pochlebnych recenzjach "Wojny..." (jednym z wyjątków jest Kafeteria, gdzie zgadzam się z 95% recenzji, więc mam kolejny powód, żeby ich lubić). Jedno co mogę bez bicia przyznać - rola Szyca jak na polskie kino jest zjawiskowa. Facet nie dość, że wygląda, to jeszcze zachowuje się jak typowy dres z miasta, przynajmniej do czasu kiedy narracja zaczyna skupiać się na jego filozoficznych przemyśleniach, które nijak nie pasują do postaci i są, niestety, tragicznie sztuczne. Ale co z tego, że Szyc świetnie zagrał, skoro jeden aktor nie uciągnie całego filmu? Reszta obsady niestety ginie w odmętach sztuczności, tandety i stereotypów. Wiem, wiem, zaraz pojawi się stwierdzenie, że tak miało być, że taki był zamysł twórczy, że przecież w książce (której czytałem tylko fragmenty, przyznaję się bez bicia) tak było, itd., itp. Z wszystkimi argumentami można się zgodzić, ale jest jedna kwestia, która nie daje mi spokoju - jeśli ktoś chciał przedstawić "karykatury" pewnych zachowań, nie lepiej było zrobić to metodą naturalną? Widziałem w życiu przynajmniej kilku gości, którzy byli wręcz żywym wcieleniem stereotypu dresa - i to takim wcieleniem prawdziwym, prymitywnym i dosadnym, takim, przy którym dres Szyca to erudyta cytujący Szekspira z pamięci.
Podobnie ma się kwestia laski o skłonnościach samobójczych. Wszystko pięknie, ale czy mogła by być ciut mniej papierowa? Gdybym chciał obejrzeć komiks, włączyłbym Iron Mana i bawił się przednio, a tak zostaje mi mierne aktorstwo skazujące w miarę przyzwoity (chociaż w moim odczuciu brnący donikąd) scenariusz na artystyczną klapę.

Wychwalany pod niebiosa montaż ma dwie strony medalu. Z jednej jest momentami naprawdę profesjonalny (kilka scen to absolutnie najwyższa półka), z drugiej razi tandetnymi rozwiązaniami, które na celu pewnie miały podkreślenie absurdu pewnych sytuacji - tak, chodzi o to całe gówno z postaciami latającymi po ekranie jak w "Przyczajonym tygrysie..". Pomijam kwestię symboliki - mnie to nie przekonuje, ale powiedzmy, ze gdzieś jest w tym schowany sens - ale jeśli wykonanie wywołuje uśmiech politowania na twarzy, a na deser widz dostaje jeszcze jakies efekty specjalne przywołujące na myśl bękarta polskiej kinematografii, czyli adaptację "Wiedźmina", to przestaje się robić fajnie. Cholera, nawet te zachwalane przez znajomych "rozmowy z kutasem" nie smieszą. Nic a nic.

Kto wie, może jestem już zupełnie uprzedzony do polskiego kina? Ostatnim filmem z krajowego poletka, który mi się podobał, było bodajze "Wesele" (to "nowe" Wesele, nie wariacje na temat Wyspiańskiego). Bo w czym właściwie wybierać? Albo rzucają nam jakąś "Miłość na wybiegu" czy inny tani szajs, którego jedyną zaletą jest to, że mózg się przy nim nie nadwyręża, albo próbują sprzedać jakies pseudo-ambitne brednie szaleńca jako "rewolucję polskiej kinematografii" (tak o "Wojnie..." wyraził się jeden z moich znajomych), a ja, wychowany na dopracowanycm w najdrobniejszym szczególe kinie zachodnim, nie daję się na nie nabierać. Przykład? Proszę bardzo - "Wojna..." przez wielu jest porównywana do "Trainspotting", filmu który uważam za świetny i który swoją konwencją kupił mnie od razu. A zrobił to w bardzo prosty sposób - od razu uwierzyłem, że postacie, które są tam kreowane (jakkolwiek popaprane by nie były), mógłbym bez problemu spotkać w rzeczywistości.

A dres z dylematami moralnymi, zapierdalający wręcz momentami poezją spiewaną? Wątpliwe.

Puenta jest chyba taka - Polak nie potrafi robić dobrych filmów. Są na szczęście wyjątki, ale serio, co nas powstrzymuje od tworzenia naprawdę niezapomnianych dzieł, czegoś, co porafi przyćmić "Trainspotting", "American Beauty", "Human Traffic" czy nawet takie "Fucking Amal". Wzamian dostajemy mało strawną papkę mającą nas przekonać, że czego nie rozumiemy, to musi być sztuka. A można lepiej...

Film planuję dokończyć, zobaczymy co z tych planów wyjdzie i jak się to będzie miało do ostatecznego werdyktu. Póki co wyraz rozczarowania jakoś dalej nie chce zejsć z twarzy...
 

happydying
 
Drugi raz chyba wklejam tu Jona Lajoie, tym razem z kawałkiem który bardzo fajnie koreluje (uczymy się słówek, muchachos : ) ) z moim poprzednim postem.

Poza tym utwór cudownie przypomniał mi wszystkie powody dla których nie słucham radia ; )

“I would rather shoot myself in the face than listen to this...”



 

happydying
 
Od pewnego czasu zastanawiam się co też stało się z tymi wszystkimi artystami i zespołami, którzy ze swoją muzyką dumnie stali na straży nie-moralności polskiej młodzieży. Dokładnie tak, nie-moralności. Braku poszanowania wartości albo przedstawiania ich w zupełnie innym świetle, głośny krzyk buntu, za którym ciągnął się nieśmiale cichy szept przyczyny. Fajne czasy. Pamiętam jeszcze te obrazki, kiedy sznurek młodych dziewcząt w takich samych spranych koszulkach, wytartych dżinsach z naszywkami (albo sukienkach w kwiatki, bo to akurat tej koncepcji nie szkodziło), czarnych glanach i z arafatkami w ilości hurtowej umawiały się z chłopakami w parkach/knajpach/domach i popiajając tanie wino z kartonu (albo folii - legendarny Leśny Dzban sie kłania..) śpiewały przy akompaniamencie gitary o tym że mucha i że mogłyby ją zabić a później to opisać. Chłopaki na to skandowali że nie ma litości dla skurwysynów i coś o gościu który chodził tyle lat w otoczeniu swoim, a jego ojciec miał tyle wspólnego z narkotykami co z mercedesami, czyli nic....

To wszystko działo się nie tak znowu dawno, bo z 10 lat temu i trwało całkiem długo, w różnych odtępach czasowych - od starych fanów Dżemu czy innej Budki Suflera zaczynając, na pokoleniu Akuratów i pierwszej płyty Sidneya Polaka (bo druga jest smutnie okropna) kończąc. I nagle ciach! Nie ma. Artyści spakowali manatki i z Woodstocku wrócili do ciepłych domów, gdzie w kapciach i ze szklanką szkockiej (panie - z Martini) wciąż komponują świetną muzykę, ale tym razem pozbawioną tego buntowniczego ducha, tego autentycznego wkurwu na społeczeństwo i tego radosnego nonsensu. Ale żeby była jasność - nie mam do nich o to pretensji. Wydorośleli, rozwinęli się jako muzycy i zwyczajnie nie czują już potrzeby bycia głosem pokolenia. I bardzo dobrze - młodość powinna być napędzana przez młodość. Z całym szacunkiem dla Nosowskiej i jej naprawdę świetnych tekstów, widzieć ją teraz smutną i nieruchomą na scenie to żadna przyjemność (serio, kobieta wygląda jakby ktoś jej kazał śpiewać za karę). Stało się - legendarne zespoły się zestarzały i niczyja to wina - tak miało być. Nam pozostaje dziękować że dalej potrafią wypluć z siebie świetne, przemyślane i inspirujące piosenki (nie wszyscy oczywiście - Grabaż, który kiedyś potrafił pisać rzeczy zjawiskowe, teraz smęci w utworach kanibalistycznych suche teksty w stylu "dzień dobry, kocham cię, już posmarowałem tobą chleb". Nie, to nie jest ambitne. Niestety usilnie próbuje być..)

Problem pojawia się kiedy zaczynam szukać potencjalnych następców. Happysad czyli ósma woda po Pidżamie, tyle że raczej strumyczek niż rzeka? Coma, która o ile płyty nagrywa dobre to tekstowo już dawno utopiła się w grafomanii (mimo że ma szereg dobrych momentów)? Czesław albo Gaba, wykonujący świetną, ale mimo wszystko czysto rozrywkową muzyke? Nie mówię, że polska scena muzyczna cierpi na zapaść, bo jak się tylko troszkę człowiek rozejrzy to niesamowite rzeczy znajdzie. Ale coś z mocnym, silnym, ściskającym za gardło przekazem? Nada.

Może patrzę na to inaczej z racji, że swojego Teksańsiego już miałem, a obecnie wsłuchuję się w inne klimaty i bardziej potrzebna mi rewolucja wewnętrzna niż zewnętrzna. Ale jednocześnie wciąż próbuję znaleźć jakąś frazę, jakiś tekst, jakiś wrzask oznajmiający "To jest nasze pokolenie, słuchajcie nas!!!".

I jedynie co najwyżej usłyszę to odległe beknięcie Kazika sprzed lat....
  • awatar patataj! | podaj kod pin.: czytałam gdzieś kiedyś wypowiedź Grabaża na temat ów (nie)szczęsnej frazy 'dzień dobry kocham cię' - ponoć po napisaniu tego tekstu sam się nieźle przestraszył, zobaczywszy, cóż to tym razem wypełzło spod jego pióra.. ;] ale ja go lubię i za starą dobrą Pidżamę i nawet za Strachy - słuchało się niegdyś dużo, w ilościach hurtowych, razem z Heyem, Lechem Janerką, Klaus Mitffochem i całą resztą - piękne to były czasy, młodzieńcze i szalone... a teraz? teraz jest inaczej, w istocie, acz muzykę cenię za to, że ta już nagrana nie starzeje się. i dzięki temu mogę w kółko słuchać jedynej płyty Lenny Valentino, gdy mi smutno, wciąż na nowo wtapiać się w Joy Division, a czasem przypomnieć sobie głupią fascynację Spicetkami. ;] mogę poznać Patricka Wolfa, którego wciąż u nas tak bardzo mało (nie)stety; a gdy zechcę podrestaurować szlagiery sprzed lat, idę np.na koncert Nouvelle Vague : ) szklaneczka nigdy nie będzie pełna, bo czasy inne, ale i nigdy nie będzie pusta. J'adore la musique!
  • awatar wciagamzycienosem: @Szkoła optymistycznego pesymizmu: Żegnaj Gienia świat się zmienia,nie do ocalenia
Pokaż wszystkie (2) ›
 

happydying
 
...taki oto złowieszcy napis widnieje pod ostatnim wpisem w chwili gdy te słowa pojawiają się na ekranie. Smiać się, płakać? Mieć to w dupie? Biorę bramkę nr 3 i koszyk z pluszowym kotem. Ale do rzeczy - po 124 dniach szperam tutaj znowu. Powód nie będzie mi znany pewnie jeszcze przez długi czas, ale w sumie fajnie jest wrócić na stare śmieci, chociaż zwyczajowe nadganianie zaległości chyba sobie daruję, brak czasu dalej stoi nade mną z nożem rzeźniczym w dłoni, gotowy wybebeszyć przy każdej oznace rozleniwienia. Świadomość, że coś, co kiedys po sobie zostawiłem nadal tu stoi, jest wystarczajaco krzepiąca, jakkowliek dziwne się to nie wydaje...

Czy coś się zmieniło? Pewnie że tak. Nowa skóra, nowe oczy, nawet nowa osobowość - było chyba w promocji. Ale tym razem zmiany można policzyć na palcach jednej ręki. To tak jakby dostać nowy samochód, który od poprzedniego różni się tylko kolorem tapicerki i odtwarzaczem mp3 zamiast poczciwego kaseciaka. Ale to niekoniecznie źle, wszak swój czas na samorozwój wykorzystywałem całkiem niegłupio. Bo to chyba największa nagroda spojrzeć na siebie sprzed paru lat i powiedzieć "o zesz ty kurwa, co za leszcz". Jest lepiej psze państwa, jest lepiej.

Umknęło mi trochę poczucie misji. Pamiętam, ze kiedy zaczynałem ten blog lata świetlne temu (nawet nie sprzawdzam dokładnie kiedy bo zacznę się brehtać z własnej mitomanii), chciałem czymś tam się podzielić, jakąś ulotną wersją mojej własnej "filozofii życiowej", jak to określają miłośniczki supermarketowej prozy Paulo Coehlo. Miał w tym siedzieć jakiś głębszy sens, ale w mędzyczasie blog poprzekształcał się ze szkoły w pseudopamiętnik, deskę kreślarską dla początkującego pisarza i wreszcie coś na kształt ogródka działkowego, który odwiedza się bez większego przekonania raz w tygodniu żeby podlać rabatki. A jako, że nie miałem nigdy specjalnych zapędów ogrodniczych, konewka poszła w odstawkę, a ja na dłuższy czas wyjechałem w rzeczywistość.

No ale ile można siedzieć w jednym miejscu? .....
  • awatar patataj! | podaj kod pin.: sto dwadzieścia cztery. jeden dwa i cztery. 1 + 2 + 4 = 7. kilka cyfr, o znaczeniu utartym kulturowo. tak naprawdę dla niepiśmiennego mieszkańca kraju trzeciego świata znaczą tyle, co szlaczki w zeszycie świeżo upieczonego przedszkolaka. coś gdzie zostawiłeś, by czasem wrócić i to jest fajne. aplikując część siebie w sieci, uploadujesz się do umysłu odbiorcy. ciekawe czy blog może być takim mikropasożytem? wsysa się między synapsy w mózgu nie wiedzieć nawet kiedy i jak. ja to lubię. miło jest wrócić do szkoły tego no... pesymistycznego optymizmu czy jakoś tak. : )
  • awatar Szkoła optymistycznego pesymizmu: Ja z kolei nie wiem czy to lubić czy z tym walczyć. Podobnie jak samo pojecie szkoły optymistycznego pesymizmu - nie wiem, skąd dokładnie siię to wzięło, co oznacza i dlaczego nie chce zostawić mnie w spokoju : ) Uznaję to zatem za absolut i nie kłócę się już więcej z własnym pogiętym unysłem... Miło za to znów zobaczyć znajomą "twarz" ; )
  • awatar patataj! | podaj kod pin.: w moim przypadku - czysta ambiwalencja :> nie ma co walczyć, bo człowiek to zmienna istota - raz ma dosyć siedzenia w jednym miejscu, a innym razem zbiera mu się na sentymety i wraca na stare śmieci. niech pozostanie więc tak, jak jest - pewnie nie raz i nie dwa zachce nam się jeszcze od nowa poukładać/przebudować wszystkie klocki... :>
Pokaż wszystkie (3) ›
 

happydying
 
Gwoli wyjaśnienia. Właściwie to miałem dwie opcje: albo przemóc się i o czymś (czymkolwiek, naprawdę) napisać, albo ostatecznie usunąć tego bloga i wspomnienia z nim związane. Nie robić żadnej pogrzebowej fety, nie kreślić w wordzie nekrologa... po prostu kliknąć w "usuń" i wymazać ten czapter ze swojego życia. Ogólnie byłem już mocno nastawiony na opcję nr 2 (w myśl "a po cholerę mi to jeszcze potrzebne"), ale, jak to w bajkach zwykle bywa, w ostatniej chwili zmieniłem zdanie i w przypływie wesołego szaleństwa postanowiłem zostać... pingerowym zombie ((R), (C), TM).

Teraz Rysiu z kabaretu OT.TO zanuciłby "A pingerowy zombie wyglada taaaak...". Ja nie zanucę, za to zwięźle wytłumaczę, że od tej pory bedę sobie ten blog postrzegał jako coś, co właściwie już dawno zdechło, ale mimo tego dalej biega i psoci. No i dalej jest głodne mózgów, to na pewno... W ten sposób mam idealne wytłumaczenie dla siebie w kwestii zaniedbania bloga. To już jedynie podrygi trupa, mniej lub bardziej żywotne : )

A tak serio to muszę pogratulować pingerowi jego umiejętności psychosomatycznych... Niby mało ważny aspekt życia (ok, niektórzy sobie tutaj kariery budują, ale dla mnie to zawsze był i będzie zwykły, pospolity zabijacz czasu), a jednak cieżko się od niego uwolnić. Powinienem zlikwidować ten blog dawno temu. Istnieje właściwie jedynie po to, zeby istnieć. A jednak coś każe dalej mu sie przyglądać.

Ale dywagacje na bok, miało być wesoło i o zombich, tak więc... MÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓZZZZZZZZZZZZZZG!!!!!!!!!!!!!
  • awatar gość: Nie kasuj bloga...lubię go sobie czasem poczytać;)
  • awatar diacetylomorphine: nie nie nie, nie kasuj.
  • awatar patataj! | podaj kod pin.: niby mały, ja tu patrzę, a lada chwila rok mi stuknie. nie dilejtuj się, bo szkoda. i nie umieraj - zawsze to miło czekać na return of the king, haha ;]
Pokaż wszystkie (3) ›
 

happydying
 
Nie często zdarza mi się komentować zdarzenia polityczne, ba! właściwie to nawet tego unikam, mając świadomość że polityka to pierwszy stopień do wzajemnej nienawiści. Ale czasem po prostu trzeba wykrzyczeć słowa buntu, bo inaczej zatraciło by się własną tożsamość. Pozwólcie zatem, że na chwilę założę dzinsową kamizelkę ze znakiem anarchii na plecach....

21 osób martwych w pożarze. Tragedia? Zależy jak na to spojrzeć. W teorii każda śmierć jest tragedią. W praktyce zawsze znajdzie się śmierć "lepsza" i "gorsza" - i nie oszukujmy się, że my wspaniali przedstawiciele nowej, wrażliwej generacji uciekniemy kategoryzacjom. Nie uciekniemy. Mamy zatem tragiczny w skutkach wypadek, mamy dramaty rodzin, mamy służby społeczne postawione w pełnej gotowości. I mamy też oczywiście naszego ukochanego prezydenta, który niczym Prometeusz przynoszący ludzkości ogień, przyniósł nam żałobę narodową. Ku chwale ojczyzny, by pokazać solidarnorść narodu z cierpieniem poszkodowanych rodzin. Nastał czas smutku, czas refleksji, czas patriotyzmu. Wiecie, taki czas, który pojawia się wyłącznie wtedy, gdy ginie dwucyfrowa liczba ludzi. Na szczęście coraz więcej osób zaczyna patrzeć na to wszystko z pewnym powątpiewaniem, z pewnym zdrowym dystansem a nawet (o ironio!) refleksją. Nie wiem, czy wy też należycie do tej kategorii, i szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi. Powiem wam za to, co ja widzę. Widzę małego, pokracznego człowieczka, którego jedynym narzędziem do zjednywania sobie ludzi pozostaje już tylko współczucie, i to bynajmniej nie swoje. Idę o zakład, że w momencie ogłoszenia żałoby kancelaria prezydncka zacierała uciesznie rączki, weseląc się z dobrze rozegranej akcji marketingowej.

Nikt jakoś nie pyta, gdzie w tym wszystkim pomoc.

To nie jest tak, że nie współczuję ofiarom pożaru. Pewnie, trochę wkurwia mnie fakt, że z wypadku któremu dałoby się pewnie zapobiec (dwa wcześniejsze pożary widocznie nie stanowiły wystarczająco przekonującego argumentu..) zrobiono po raz kolejny medialną szopkę, podczas gdy dziennie tyle samo osób ginie w wypadkach drogowych. Współczuję rodzinom, które straciły bliskich w tak bezsensowny sposób. Ale czy to oznacza, że przez 3 dni mam trwać w żałobie? Przykro mi, ale nie widzę tu jakiegoś wspólnego mianownika. Niech opłakują ci, którzy kogoś utracili. Reszta niech zastanowi się, czy wystarczająco dużo czasu spędzili ze swoimi bliskimi.

A do kadry rządzącej tym krajem mam tylko jedno przesłanie: odpierdolcie się łaskawie od tych biednych pokrzywdzonych ludzi i zamiast robić sobie z tego zdarzenia trampolinę wyborczą, po prostu pomóżcie komu trzeba a potem skromnie usuńcie się w cień. Bo widok waszych mord w telewizji publicznej nikomu raczej nie pomoże....

P.S. Kurtka zdjęta, wracam do krainy spokoju...
 

happydying
 
Rzeczywistość i nasze w niej umiejscowienie ma tendencje do zaskakiwania. Ja np. im bardziej brnę w rutynę tym bardziej jestem naprzemian radosny i nieszczęśliwy - nazwanie tego obojętnością nie działa, bo idealnej harmonii nigdy nie udaje się uzyskać... Ale już np. tego, że w trakcie brnięcia w rutynę coraz częściej odzywa się surrealizm, abstrakcja i reszta wesołej szajki (z mamcią paranoją i ciocią psychozą included), to już nie wiedziałem....

A tak właśnie jest. Pojawia się ochota pisania blogów o niczym (o i masz ; P), uczestniczenia w cichych prostestach przeciw zmniejszaniu ilości sezamu sypanego na bułkę, którą zawsze w ilości sztuk 3 kupuję w galeryjnej piekarni, zrobienie czegoś szalonego, ale znowu nie aż nadto szalonego - w końcu rano trzeba iść do pracy. A zaraz potem pojawia się cherubinek przylatujący z nieba (nawet specjalnie nie widac tych drutów), szepczący milusim głosikiem, że w sumie to dobrze jest. Stabilnie. Bezpiecznie. Wporzo....

Zostaje ufać, że coś się wokół stanie, coś pozamiata tą rutynę, przynajmniej do czasu aż znów wyciągnę ją spod dywanu bo okaże się potrzebna... Niestety życie to nie ten śmieszny teleturniej z Zonkiem (pamięta to jeszcze ktoś?) i nie mam 3 bramek do wyboru, ba! nawet jednej - raczej cały czas pomykam tym samym korytarzem i tylko czasem otworzą się któreś z chirurgicznie umieszczonych po bokach drzwi.... A tam akurat już jak w teleturnieju - albo nagroda, albo kocur w worku.

Ale jak mawiał poeta - "jebać to" : D Egzystencjalne wynurzenia zostawię sobie na mityczne czasy, kiedy powróce na studia (not gonna happen, ale kto wie co się wydarzy...), a póki co podelektuję się dobrym humorem i opatulę mocniej w kocyk absurdu. Wygodny to kocyk i fpytę mięciutki : )
 

happydying
 
Jakie magie? Magie - liczba mnoga od magii. Językoplątacz taki trochę, nie sądzicie? Powtórzcie szybko "magia magii nierówna magie różne są hej" ; P Ok, łyk kawy (której i tak nie pijam) i wracamy do reality v2.00 z patchem "normalność".....

Przywitałem ostatnio ponownie magię kina. Wróciła z dość długiej podróży w krainę zapomnienia - łajza nawet pocztówki nie przysłała, ale teraz znów jest ze mną, więc wypada przebaczyć stare grzeszki i cieszyć się ponownie jej towarzystwem. Wprowadził ją w moje progi film o dźwięcznym tytule "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", który to miałem okazję ostatnio obejrzeć (planowałem nawet wybrać się do kina, ale przestraszyły mnie te 3 godziny, jak się okazuje - niesłusznie...). I oczarowało mnie. Nie wiem nawet czy nagle, czy był to proces narastający. Niemniej przy napisach koncowych byłem już kupiony. Film bynajmniej nie jest idealny. Jest w nim w cholerę nieścisłości, realizm magiczny miesza się czasem zbyt nachalnie z realizmem... realnym : ), a fabuła potrafi w paru  miejscach niebezpiecznie zwolnić...  Niemniej efekt końcowy jest niesamowity - tak cudownie zrealizowanej baśni nie widziałem od czasu Labiryntu Fauna, a nawet on tak nie urzekał jak historia życia człowieka o poważnych zaburzeniach czasowych.... Cieszy mnie że Brad Pitt po raz kolejny miał okazję udowodnić że oprócz dzielnego okupowania stanowiska najgorętszego ciacha Hollywoodu (czy jak tam te piszczące fanki na niego wołają) jest autentycznie utalentowanym aktorem. Z kolei Cate Blanchett bez najmniejszego wysiłku stworzyła postać, której nie sposób nie pokochać. Dalej czuję dreszcze. A Davidowi Fincherowi nalezy się za ten obrazek Oskar. Nie dlatego, że jest to dzieło wybitne, pokoleniowe, czy społecznie ważne - bo nie jest. Dlatego, ze jako jeden z nielicznych rężyserów, Fincher przywrócił właśnie tą cudowną magię kina, to niesamowite uczucie dajace wrażenie, że to co dzieje się na ekranie żyje własnym życiem. A my przez 3 godziny możemy być tego częścią.

A teraz niech mi ktoś wmówi, że filmy Almodovara to kwintesencja współczesnej kinematografii -  łopatą pogonię. Ameryka po raz kolejny udowodniła, że pomimo bycia najbardziej niezrównoważonym i pokręconym krajem na tej planecie - filmy robi po prostu najlepsze.

Chcę częściej doznawać takich zauroczeń.
  • awatar wciagamzycienosem: Byłem, widziałem, odjechałem... i to totalnie. Fincher jest lepszy niż lokata w banku -szczególnie w trudnych czasach- zabawne bo człowiek siedząc w kinie oglądając ten film czuje pewną komitywę z współwidzami choć nie wszyscy wychodzą równie oszołomieni z seansu. Swoją drogą ciekawe co w/w reż. zrobi z kultowym "Heavy Metal'em"
Pokaż wszystkie (1) ›